O nas
Kontakt
Lista mailowa 'WOLNA KOJA'
O rejsach
Oni już byli!
Aktualnie organizowane rejsy
Galerie zdjęć
Opowieści z rejsów
Różności
Filmy!
Samotnik - rejsy morskie

Bałtyk: 19.07.2003 - 02.08.2003

To był piękny rejs, w pięknej pogodzie, super atmosferze i w ogóle, było świetnie. ;) Wyczarterowałem od Skautów Cartera 30 - s/y Stanisław.

Po wyjściu z pociągu powitał nas Robert i, jak większość osób, które mnie widzą po raz pierwszy znając mnie jedynie z Internetu, zdziwił się, że jestem w takim wieku, w jakim jestem. :D Pojechaliśmy do megasuperhipermarketu Tesco nakupić prowiantu stałego i, hmmmmmmm, płynnego na cały rejs. Przy okazji pooglądałem sobie spektakl pod tytułem 'kryzys w Szczecinie po plajcie Stoczni Szczecińskiej', czyli tłumy ludzi chcących odprowadzić wózek w zamian za pieniążek z niego wydłubany... W takim Wrocławiu na przykład zjawisko praktycznie nieznane. Jeden pan to nawet zaofiarował się, że poczeka na wózki, a w zamian popilnuje auta. I faktycznie - kiedy wyszliśmy po godzinie ze sklepu, on nadal stał w piekącym słońcu przy samochodzie... W sumie nie wiemy, czy pilnował, ale z auta nic nie zginęło, więc kij z tym. ;) Nic, załadowaliśmy piwem i jedzeniem cztery wózki, samochód niemal zostawiał za sobą wydrapane przez przytłoczone do ziemi podwozie ślady w rozmiękłym przez upał asfalcie, ale jakoś dojechaliśmy. ;) Chcieliśmy jeszcze tego samego dnia przepłynąć się do Świnoujścia, ale kłopoty armatora z innym jachtem spowodowały, że nasz przekazał nam nieco później, więc nici z tego wyszły. Ale to może nawet lepiej, bo i tak do ciemnej nocy układaliśmy te tony rzeczy - aż sam jestem zdziwiony, że się zmieściło, bo było tego jakoś wyjątkowo dużo... Szkoda, że nie mamy fotograficznej dokumentacji połowy mariny zastawionej naszymi reklamówkami i siatkami... :) Ale miało to jedną, zasadniczą i dyskwalifikującą wszystkie wady zaletę - mieliśmy dużo świetnego żarcia i nigdy niczego nam nie brakowało ani na śniadanie, ani na obiad, ani na deser. Ani, hmmmm, wieczorem w porcie ;)

Następnego dnia w końcu ruszyliśmy się (i tak jakoś późno) i przy pięknej pogodzie posmerfowaliśmy przez Zalew Szczeciński, z przygodą od razu na starcie - pomińmy ją może milczeniem. ;) Potem był spektakl pod tytułem 'polscy WOPiści walą rakietą w niemiecki jacht, który nie zatrzymał się do odprawy'...

Przez całą drogą przez Zalew była flauta idealna, skwar i duchota, natomiast już w Świnoujściu poczułem lekki wiaterek. Taki tyci. Tiaaa... Prawdziwe zdziwienie naszło mnie jednak dopiero kiedy wyjechaliśmy za główki - słońce nadal pięknie świeci, ale zza falochronu dupnęło takie konkretne 6B z ENE, fala też całkiem... Poza mną i Iloną wszyscy byli pierwszy raz na morzu, wylazłem więc, zarefowałem grota i kompletnie przemoczony wróciłem poślęczeć w mapie i pozapewniać, że wszystko będzie OK. :) Płynęło się dobrze, po początkowym okresie szoku okazało się, że to pogoda zupełnie do pływania. Dopiero wiele dni później dowiedziałem się, że niektórzy byli szczerze przerażeni myśląc, że skoro na zalewie taka flauta, a tutaj tak duje, to na morzu po prostu tak zawsze wieje i tak teraz będzie przez dwa tygodnie... :)

Nie lubię ich :)

Zamierzałem wejść do Sassnitz, ale wyszło na to, że w nocy, przy takiej pogodzie i bez żadnych map podejściowych, planów - no po prostu bez niczego poza generalką Bałtyku - nie wejdę. No nic, to pojechaliśmy prościutko do Klintholm. :) Następnego dnia wiatr nagle ustał i 8h przepyrkaliśmy na silniku, niestety. Wszyscy mieliśmy dość, ja byłem niewyspany i ogólnie, chcieliśmy do portu. :) W Klintholm byliśmy po południu - wiele nie pamiętam, bo walnąłem się do koi i wstałem dopiero wieczorem. Reszta dzielnie walczyła z piwem i pierwszym powiewem tego, co nazywa się 'żeglarstwo w Europie', czyli setkami ładnych, zadbanych jachtów, eleganckimi sanitariatami, kulturą, załogami złożonymi nie z dziewięciu stłoczonych w stalowej puszce 'twardych żeglarzy', tylko z mamy, taty i dwójki dzieci... Inny świat.

Klintholm

Następnego dnia postanowiliśmy, że popłyniemy w Gronsund - cieśninkę między wyspami Falster i Mon. Fajne krajobrazy, tak trochę mazursko tam jest. Płytko, dookoła blisko brzegi, kaczki, łabędzie... Na noc (cieśnina jest słabiutko oświetlona, raczej nie da rady pływać po zmroku...) weszliśmy do Stubbekobing - maleńkiego porciku w maleńkim miasteczku. Polecam - można daleko pospacerować wzdłuż brzegu oglądając właśnie te mazurskie krajobrazy, most w oddali... Ciepła, płytka woda do kąpieli. Tani postój, kościółek, w którym widać morskie tradycje Danii - wszędzie morskie akcenty, zamiast typowego polskiego aniołka z aureolą (moim zdaniem tandetnego) - rybacy łowią ryby, pod sufitem wiszą repliki statków...

Widoki w Stubbekobing

Następnego dnia wcześnie rano wyszliśmy z portu i dalej pociągnęliśmy przez tę cieśninę. Wiało w mordę i zdecydowanie mieliśmy tego dosyć. :) Dodatkowo na naszym jachcie był problem z genuą - miała o parę centymetrów za długi lik przedni, przez co nie dawało się jej wybrać porządnie na fale - robiła się 'firanka' i jacht nie chodził ostro na wiatr. Jednak zanim do końca rozstrząsnęliśmy ten problem, dopadła nas flauta idealna - stanie w miejscu. Dosłownie w miejscu, cały czas przy tej samej boi. Było zbyt ładnie i przyjemnie, żeby uruchamiać silnik, więc czekaliśmy, stopniowo się wyluzowując - flauta w upale ogłupia, robiliśmy konkursy na głośność sikania i takie tam... ;) Oglądaliśmy też serię pożarów dookoła nas - to było niesamowite, bo paliło się (i to żadne takie pożary-popierdułki, tylko kłęby czarnego dymu - kiedy Amerykanie rozwalali szyby naftowe w Iraku, to tak samo się dymiły ;) w chyba dziesięciu miejscach dookoła nas, na obydwu wyspach. Do dzisiaj nie wiem, czy to było celowe wypalanie czegoś, czy może jakieś pożary, czy też Usama bin Laden...

W końcu jednak cierpliwość się nam skończyła i pod wieczór odpaliliśmy tę niszczącą nastrój i klimat żeglowania katarynę i pojechaliśmy dalej w kierunku Wielkiego Bełtu. Zamierzaliśmy (no ba, wręcz musieliśmy, bo nasz jacht akurat latać nie potrafił, a podwozia do jazdy po lądzie też mu jakoś nie zaprojektowali) przejść przez jego najwęższe miejsce, zajęte niemal w całości przez strefę rozgraniczenia ruchu dużych statków. My się znajdowaliśmy po złej stronie tej strefy, bo chcieliśmy płynąć na południe, w kierunku Kilonii. Dotarliśmy tam akurat w momencie, kiedy zapadł zmrok. To była chyba najbardziej stresująca noc, jaką spędziłem na morzu. Dziesiątki świateł, stałych, migających, błyskowych, przerywanych, pojedynczych, w grupach, zielonych, białych, czerwonych, dwa czerwone białe zielone, białe białe czerwone czerwone... Wszystko na kupie i naraz. Lornetka przyrosła mi niemal do oczu, ale wiedziałem jedno - nie mam takich jaj w spodniach, żeby przeciąć ten tor statków teraz, w nocy. Wolałem iść 'pod prąd' - konkretnie obok tej strefy rozgraniczenia ruchu, w strefie ruchu przybrzeżnego, szorując po krawędzi płycizny, oznaczonej na mapie jako 'unreiner grund' i 'grosse steine', czyli nic miłego. I wszystko byłoby OK, gdyby wiatr nie wiał z południa, czyli w mordę, co powodowało, że nie chcąc się w tym diabelskim miejscu halsować w poprzek toru, szliśmy na silniku. Było OK do czasu, aż nie pojawiło się... UFO. Bliżej niezidentyfikowany statek, świecący taką iluminacją świateł, że ledwo było widać jego światła pozycyjne. Szedł na nas. No to ja w lewo, żeby zostawić mu miejsce na torze - on w swoje prawo. Ja w prawo, on w swoje lewo. I tak się omijaliśmy w te same strony i omijaliśmy, serce miałem w przełyku, aż w końcu wyminęliśmy się w odległości 100m - do dzisiaj nie wiem, co to mogło być - wydawał się być okrągły lub kwadratowy i miał burty 'obite' silnymi światłami, tak mocnymi, że aż nie było przez nie widać reszty sylwetki. Może to był jakiś okręt marynarki, który chciał nas skontrolować, a my mu sprytnie uciekliśmy? :) Cholera go wie.

Następny dzień spędziliśmy wymijając bardzo szybkie promy kursujące między Travemunde i Rodby Havn, aż w końcu popołudniu poszedłem do koi, odespać tę noc w Wielkim Bełcie. Kładłem się z bliżej nieokreślonym niepokojem - wiało 3-4B, półwiatr, postawiona duża genua, łódka dawała z siebie wszystko, ale... no coś w powietrzu było nie tak, czułem to w kościach. Olałem jednak sprawę, odszedłem w krainę Morfeusza. Do czasu, aż wyrwało mnie z niej potrząsanie za ramię i głos:

- Michał, może byśmy tak zrzucili tę genuę, no bo jakoś tak nie wiem no... Jakoś tak nie tego tutaj i w ogóle... No wyjdź i sam zobacz...

Wygrzebałem się ze śpiwora wściekły, że mnie budzą, wystawiłem łeb z zejściówki i co widzę... Wręcz podręcznikowy okaz cumulonimbusa wiszący nad nami, wraz z kołnierzem burzowym z małych, postrzępionych chmureczek. ;) A na horyzoncie morze białe od piany. Zdążyliśmy jeszcze zrzucić i schować do środka genuę, gdy rozpętało się małe piekiełko - szkwał mający jak na mój gust SOLIDNE 8B. W ciągu 10 minut wybudowała się półtorametrowa, bardzo krótka i nieprzyjemna fala, którą dziobaliśmy tak, że biedny Tomek pracujący na dziobie dosłownie nurkował w wodzie. A mówiłem mu, że nie trzeba sztormiaka - i tak był cały mokry pod spodem, tam trzeba było pianki do nurkowania. W ataku nagłej paniki założyliśmy foka sztormowego, ale prędko zorientowaliśmy się, że na ten słabnący wiatr ta chusteczka to za mało i wrócił fok marszowy. A potem jak przyszło, tak ucichło i do Travemunde dotarliśmy bardzo późnym już wieczorem.

Travemunde

Akurat trafiliśmy na 'Travemunde Woche', co w praktyce oznaczało, że to senne NRDowskie miasteczko wypoczynkowe rozgrzało się setkami kiosków, straganów, bud z żarciem, piwem... Fajnie, niestety ledwo zdążyliśmy ogarnąć się i wyjść - 23:00 i koniec imprezy No jakby prąd wyłączyli i ewakuowali ludzi. Muka. Pochodziliśmy po pustym mieście na uginających się ze zmęczenia nogach. Nadrobiliśmy to następnego dnia, Robert kupił perukę i tak dalej. ;) Ja kupiłem natomiast stos RedBulli, żeby nie spać w nocy - niestety, drodzy koledzy i koleżanki - to po prostu nie działa. Może dodaje skrzyyyyyydeeeeeeł (hipisi ich podobno dostawali po trawce, to dopiero dzisiaj taka nowa moda na schemizowany, niedobry w smaku syfiasty płyn nastała... ;), ale nie pobudza. Powiedziałbym wręcz, że RedBull to niezły sposób na zaśnięcie dla kapitana, lepszy od waleriany i nerwosolu - jeśli się denerwujesz, że ludzie zasną na wachcie i coś was rozjedzie, albo masz jakieś inne typowo kapitańskie stresy - strzel sobie puszeczkę RedBulla - od razu poczujesz magię ciepłego śpiwora w koi, wszystkie problemy staną się błahe, aktualna pozycja nieistotna, załoga nabierze w jednej chwili doświadczenia i wiedzy nawigacyjnej pozwalającej im samodzielnie poprowadzić jacht... A Ciebie wciągnie śpiwór i to konkretnie. Nawet budzik w telefonie nie obudzi. Sprawdzone wielokrotnie (do wyczerpania się stosu RedBulli...) - działa bez pudła. :)

Żaglowiec pod Travemunde

Pod wieczór wyszliśmy z Travemunde z solennym zamiarem dotarcia w końcu do Kopenhagi. Na początku wiało słabiutko, ale po zmroku zrobił się równiutki wiatr 4B z pełnego bajdewindu - piękna jazda była! Fala nieduża, bo wiatr wiał od strony odległego o jakieś 3-4 mile lądu, jacht w przechyle 30 stopni, miarowo dziobiący morze, doskonała widoczność, wszystkie statki szły odległym o milę torem wodnym i nie próbowały z niego zbaczać - noc marzenie. Niestety chyba wiatr był jej prywatną własnością, bo zabrała go ze sobą.

Następnego dnia wieczorem znaleźliśmy się... pod Klintholm, czyli tam gdzie cztery dni i 200 mil morskich temu. :) Do Kopenhagi została jeszcze jedna noc.

Most Kopenhaga-Malmo

Rankiem przehalsowaliśmy się przez tor statków, jeżdżących w wąskim Sundzie jak tramwaje i w końcu zobaczyliśmy pierwsze zwiastuny Kopenhagi - most Kopenhaga - Malmo majaczący się w oddali, rząd wiatraków... Summa summarum około 1000 zacumowaliśmy w marinie Langelinie (tzw. 'przy syrence'). Niedaleko do miasta, a jest w miarę konkretna infrastruktura. Ale jednak trochę drogi było - pewnie następnym razem stanę jednak w Christianshavn.

Piwko - pierwsze i ostatnie, bo
k... drogie

Kopenhaga jak to Kopenhaga - ś.p. (podobno) Christiania, 30m piękny angielski jacht naprzeciwko hotelu, pół litra piwa za 20 zł na Nyhavn, syrenka... Od Kopenhagi zaczęła się droga powrotna. Następnego dnia przeciągnęliśmy na wysepkę Flakfortet, parę mil od Kopenhagi. No po prostu piękne miejsce. Takie inne niż Kopenhaga - spokój, cisza, kaczki, przyroda. Prąd z generatora, obskurne kible w bunkrach wydrążonych wewnątrz wzgórza. W oddali Kopenhaga, a po drugiej stronie Malmo.

Flakfortet

Z Flakfortet popłynęliśmy przez kanał Falsterbo. Miałem duszę nieco na ramieniu, bo poprzednia załoga rozpłatała w tym kanale dziób 'Stanisława' poniżej linii wodnej. Uderzyli podobno w jakąś niezidentyfikowaną przeszkodę podwodną... Nie wiem, jak to było, w każdym razie czułem takie swędzenie w brzuchu do czasu, aż nie wypłynęliśmy stamtąd. :) Potem chwila nieuwagi i prawie wbiliśmy się w prom, praktycznie niewidoczny w ciemności na tle świateł miasta. :( Całą noc telepaliśmy się w słabym wietrze, aż rankiem powiało takie fajne 3B z ostrego baksztagu i posunęliśmy jak na skrzydłach w stronę Bornholmu. Bucząca pława i Ronne. Moim zdaniem jednak niespecjalne miasto. W marinie śmierdzi wodorostami i rybami, a miasto samo w sobie nieciekawe, bez życia (o ile można mówić o życiu na Bornholmie... ;). Ale za to pooglądaliśmy koncert dudziarski na falochronie w wykonaniu jakiegoś Szkota. ;)

Z Bornholmu już prosto do domu. Doba z małym hakiem i byliśmy pod Świnoujściem. Tam 'złapali nas'. Niemiecka straż graniczna. Podpłynęli pontonem, weszli na jacht, poprosili o dokumenty, jeden pisał, drugi rozmiawiał. Pożartowaliśmy, facet skończył, podał wszystkim (!) rękę na pożegnanie, wysiadł i tyle. Niby NRD, a jednak 100 lat do przodu przed Polską. A dlaczego? O dlatego - podpływamy do Świnoujścia, a tutaj kuter SG goni jakiegoś Holendra, zakręca mu przed dziobem tak, że spinakera gasi. Eskortuje z powrotem do portu. Podpływając do kei GPK celnik odbierając cumy kazał nam stanąć daleko na końcu, bo 'teraz będzie dym'. Myślałem, że conajmniej reklamówkę marihuany na tym jachcie znajdą, ale skąd. Tam był dziadek, babcia i zdezelowany jamnik. Ale była za to kontrola, papiery, gadanie przez UKFki i ogólnie - tzw. podjarka celników. A dziadek po prostu nie wiedział, że musi DRUGI RAZ się meldować gdzieś w jakimś urzędzie, bo w jego stronach to rzadko kiedy ten pierwszy raz trzeba... No nic, widać tak musi być.

Brama torowa nr 3 na Zalewie
Szczecińskim

No i rejs się skończył, ale za to wszyscy sobie obiecaliśmy, że się jeszcze kiedyś spotkamy w tym samym składzie. :)

Pełna galeria zdjęć z rejsu


rejsy@zagle.org.pl - odpowiemy na wszystkie pytania
tel. (0695) 64 75 14

Ostatnia aktualizacja: 24.10.2006, 07:55